|
Title: Ucieczka z wulkanu Post by: Xabbu on May 26, 2008, 12:12:08 PM Ucieczka z wulkanu.
Przeznaczenie…Czym jest przeznaczenie, zastanawiała sie Songflower, spoglądając na kobietę ubrana w w podarte szmaty. Powoli popijała swój wywar z czarnego lotosu, coraz bardziej zanurzając sie w senne otępienie i błogie uczucie. Nadszedł czas by Casilda spłaciła swój dług wdzięczności. Song spojrzała jeszcze raz na ”List do króla” Bylo w nim wyraźnie napisane ze potrzebuje krwi, a niejasne przeczucia, podpowiadały jej ze właśnie fiolka krwi Casildy nada sie do tego najlepiej. Cieple mrowienie przeszyło ja wzdłuż kręgosłupa. Poczuła, jak z każdym łykiem lotosowego wywaru, ściana miedzy prawdziwym światem a sfera marzeń, zaciera sie by wkrodce zniknąć. Jej wzrok wyostrzał sie z każdym łykiem, a słuch wyłapywał każdy szmer i szelest jaki przelatywał przez karczmę Tortage. Byla noc, cicha i spokojna jak na Tortage. Przy stole obok siedziało kilku wieśniaków i szeptem opowiadali miedzy sobą o pewnej alejce miasta, w której ostatnimi czasy, wielu straciło życie… Karczmarz, ciepiący na bezsenność, leniwie wycierał blat i ukradkiem spoglądał na długie smukłe nogi, stojącej nieopodal Casildy. Song dopiła swój narkotyczny wywar, odstawiła drewniany kubek, i powolnie podniosła sie z twardego krzesła... - Czas najwyższy spłacić dług wdzięczności, Casilda – zaczęła rozmowę. – Potrzebuje kilku kropel twojej krwi. - Czy pragniesz mojej śmierci? – Casilda, zaczęła sie denerwować. Wierciła sie stojąc nieopodal karczmarza. - Alez skąd – zaśmiała sie Song – Potrzebuje kilku kropel twojej krwi – Nie pragnę niczego więcej. Kobieta zmieszała sie. Uczucie ulgi rozlało sie po jej bladej twarzy. Wyjęła maleńki sztylet, jaki dziewki zwykły nosić przy sobie i ostrożnie nacięła sobie przedramię. Song podała jej fiolkę, która ta wypełniła purpurowym płynem w kilka chwil. Casilda oddala jej zapieczętowane naczynie i osłabiona oparła sie o stół. - Podaj mi rękę - zażądała Song, po czym chwyciła mocno za skaleczenie. Z zamkniętymi oczami, wyszeptała niezrozumiale dla Casildy słowa czaru i pościła ja z uścisku. Po skaleczeniu nie było śladu, a rumieńce zaczęły wracać na jej przestraszone lico. - Dziękuje – ukłoniła sie i ruszyła chwiejnym krokiem w kierunku wyjścia…. Zimne powietrze owiało jej smukła sylwetkę. Noc była cicha i bezwietrzna. Gwiazdy spokojnie mrugały na czystym niebie, a księżyc leniwie unosił sie nad jej głową. Wszystko zdawało sie być otulone jego srebrnym blaskiem. Songflower wzdrygnęła sie, kiedy do jej uszu dotarł krzyk umierającego człowieka. To kolejna ofiara piratów, myszkujących po uliczkach Tortage, oddala swój ostatni okrzyk rozpaczy. Miasteczko z tygodnia na tydzień, stawało sie coraz bardziej niebezpieczne. Kleszka zarzuciła na plecy peleryna i bezszelestnie udała sie w kierunku wulkanu… Wulkan, zdawał sie być bardziej niespokojny niż dotychczas. Rzeki lawy spływały po jego stokach a wszędzie kręciło sie pełno strażników. Song ostrożnie posuwała sie do przodu, wywabiając kolejno odurzonych czarami i alkoholem, nieprzyjaciół. Ich kompani, zdawali sie niczego nie spostrzgac. Nie zaważali ze ubywało ich z każdą chwila, i niczego nie podejrzewając siedzieli skupieni wokoło ognisk rozpalonych przy prowizorycznych namiotach. Smród gotującej sie skały, siarki i inne nieprzyjemne zapachy mieszały sie w gęstym powietrzu… … Wkrodce dotarła do drabiny zawieszonej nad jej głową,na stromym zboczu góry. Widok z tego miejsca, sprawiał ze chwilami kręciło jej sie w głowie. Nie lubiala wysokości, a mieszanka wysokości z bliskością strumieni spływającej lawy, przerażały ja jeszcze bardziej. Chwyciła jednak za pierwszy szczebel i najciszej jak potrafiła, zaczęła wspinać sie ku szczytowi wulkanu… …Po kilku długich minutach dotarła do końca drabinki, i ostrożnie wychyliła sie by, wybadać teren. Nieopodal miejsca jej ukrycia, kręcił sie strażnik. Przeszedł kilka metrów od miejsca zawieszenia i chwiejnym krokiem ruszył z powrotem. To patrol – pomyślała Song. Kawałek dalej stal inny strażnik, ale jego ubiór wskazywał na wyższa ragę. Zaraz przed nim, nad strumieniem lawy, stal stół alchemiczny. Kilka fiolek, bulgotało i unosił sie z nich kolorowy dym. Na samym środku, stała fiolka wypełniona purpurowym płynem. To właśnie te fiolkę mila zamienić, na te którą przyniosła tu ze sobą. Kiedy patrolant oddalił sie, jednym silnym ruchem wciągnęła sie na skale i od razu splotła ręce by zucic czar. Nie minęły dwie sekundy a przeciwnik skręcał sie w konwulsjach, na ziemi. Jego kompanion zdawał sie nie zauważyć niczego. Stal zamyślony, wpatrując sie w stół stojący nieopodal. Song przykucnęła kilka metrów za nim, tak by jej cień nie zdradził jej obecności. Wzniosła ręce i wyszeptała słowa zaklęcia. Powietrze zgęstniało wokoło jej awataru, po czym z głośnym świstem rozprężyło sie, zwalając jej przeciwnika z nóg. Zarył głową w popiół, i głośno zaczął kaszleć. Zaskoczenie było najwyraźniej wielkie, bo zanim zdążył sie pozbierać, kolejny czar uderzył go magiczna energia w pierś. Lekko zwolnionym krokiem rzucił sie na nią z podniesionym mieczem. Jego percepcja, była już jednak mocno zachwiana i raz za razem, jego bron niezdarnie omijała jej ciało. Kolejny czar dobił przeciwnika, wyduszając z niego resztki życia. Keszka jednym kopnięciem, zepchnęła zwłoki do strumienia lawy, zasłaniając przy tym nos i usta. Smród palonego mięsa przebił sie nad smrodem lawy i siarki… Ostrożnie zbliżyła sie do alchemickiego stołu i szybko podmieniła fiolkę z krwią. Niemal w ostatniej chwili udało jej sie skrzyć za kawałkiem skały, kiedy nadeszła, otulona w pelerynę z kapturem, kapuanka. Chwyciła fiolkę w rękę i zaczęła odprawiać, jakiś tajemniczy rytuał. Palce jej lewej dłoni, systematycznie powtarzały ten sam ruch, a powietrze zdawało sie ładować elektrycznością. Kapuanka, mamrotała coś pod nosem, a na jej twarzy wyczytać można było skupienie. Całość nie trwała dłużej niż kilka chwil, a sekundy po zakończeniu, zdawały sie płynąć jeszcze wolniej niż wcześniej. Nagle rozległ sie potężny ryk i huk. To wulkan, wyrzucił w powietrze strumień lawy, a z nieba zaczęły sypać sie odłamki rozpalonej skały. Song cudem uniknęła śmierci, odskakując na bok. Kapuanka nie miała tyle szczęścia. Skala trafiła prosto w stół na którym bulgotały alchemiczne wywary. Lawa rozchlapała sie na nią, a jej szaty stanęły w płomieniach. Jej przerażony wzrok spodkal sie ze spojrzeniem Songflower. – Tyyyyy – wrzasnęła kiedy płomień dosięgał już jej wlosow – Aaaarrrggggg – zdołała jeszcze wydusić z siebie, padając w konwulsjach na ziemie. Song, przestraszona tym co sie przed chwila stało, zaczęła uciekać ta sama droga którą dotarła na szczyt wulkanu. Zwinnie ześliznęła sie po drabinie w dol a jej ocza ukazał sie widok uciekających strażników. Co kilka metrów potykała sie o nadpalone ciała konających ludzi, wrzeszczących w niebo glosy… Predzila przed siebie, nie zdając sobie sprawy ze jej płuca zaczynaly odmawiac jej posluszenstwa. Powietrze wszedzie wypelnione bylo trujacymi gazami, wyciskajacymi lzy z oczu. Biegla jak najszybciej mogla, w myslach proszac Mitre o opieke nad jej awatarem…Z nieba lala sie lawa i popiol, a rozpalone kawalki skal co chwile udezaly w miejce gdzie jeszcze przed chwila byla… C..d..n… Song. Title: Re: Ucieczka z wulkanu Post by: Kodda on May 29, 2008, 05:41:32 PM / Przeznaczenie…Czym jest przeznaczenie, zastanawiała sie Songflower /
wyczytał te myśli mimo gwaru w tawernie i wyszeptał - Song.. kwiatuszku przeznaczenie jest.. .. / i tu kapłan zawahał się na chwilę - bo po cóż miała by być ta cala tajemnica, gdybyśmy ją sami nie musieli wciąż na nowo odkrywać.. przeżywać.. smakować.. / na szczęście młode niewiasty zajęte wymianą krwi.. nie zauważyły starego kapłana siedzącego w podcieniu nad kubkiem lekkiego piwa imbirowego zaprawianego wonnymi khitaiskimi korzeniami |