Tu macie krótki opis, co z nas za jedni...

STRAŻNICY
Aragorn syn Arathorna na swym rączym rumaku podążał szybko doskonale znaną mu drogą pośród wzgórz krainy Bree. Przed oczyma majaczyły mu już zwaliste sylwetki Bramy Południowej miasta. Aragorn spieszył się - sprawy grupki hobbitów, którzy przemykali się z Shire do Bree nie szły dobrze a Gandlaf, który miał ich prowadzić zaginął gdzieś w odległych krainach. Liczył na to, że spotka w mieście przynajmniej kilku ze swoich pobratymców rangersów. Zapadał już zmierzch kiedy dotarł do miasta. Mieszkańcy Bree nigdy specjalnie nie byli wobec niego zbyt przyjaźni ale tym razem zauważył w ich oczach wyraźną wrogość. Szeptali między sobą, kierując w jego stronę ukradkowe spojrzenia. - "Zobacz Strażnik!... Następny... Kiedy kłopoty z tą hołotą się skończą... Znowu będą burdy...Pewnie też do Barlimana pojedzie... Biedny Butterbur..."
Początkowo zdziwiony Aragorn poczuł w pewnym momencie złość. "To my utrzymujemy i tak kruchy pokój w tej krainie a oni tak się nam odpłacają" - myślał zgryźliwie. Jednakże wieść o Strażnikach w gospodzie "Pod Rozbrykanym Kucykiem", którą prowadził Barliman Butterbur przepełniła jego serce radością. Wreszcie spotka swoich - nieważne co o nich mówią - i może wreszcie dowie się co dzieje się z czwórką hobbitów którzy przepadli bez wieści w ponurych czeluściach Starego Lasu... Zapadły już zupełne ciemności kiedy zajechał przed wejście do "Rozbrykanego Kucyka". Szybko wydał stajennym zalecenia odnośnie swojego rumaka i już po chwili wkroczył do przepastnych izb karczmy.
Kiedy wchodził do głównej izby, w której znajdował się kontuar z wyszynkiem zdziwiła go wszechobecna cisza w izbie, która tak nie pasowała do zwykle panującego tu zgiełku i gwaru rozmów. Izba była pusta jeżeli nie liczyć grupki przybyszów która zasiadła w jednym z jej kątów. Należy przy tym zauważyć, że słowo zasiadła nie było w tym przypadku na miejscu. Osobnicy ci częściowo spoczywali na stole biesiadnym, częściowo leżeli pod stołem spod którego dochodziło potężne chrapanie.
Grupka była dziwna - Aragorn z łatwością rozpoznał wśród nich elfa i to najprawdopodobniej z Wysokiego Rodu oraz malutką postać niziołka opartego o ławę, spoczywającego w połowie drogi miedzy stołem a podłogą. Pozostała trójka była rasy ludzkiej. Nie było także problemów z rozpoznaniem profesji jakimi parali się członkowie grupki. Z pewnością elf był klasy champiońskiej - ogromne topory położył sobie na zydelku który stał nieopodal stołu. Malutka mandolinka przytroczona do paska niziołka wyraźnie wskazywała, że potrafił on wprawić wrogów w prawdziwą rozpacz grając smętne dźwięki melodii minstrelskich. Trzech ludzi siedziało przy stole chociaż - jak zauważył naprędce Aragorn - jeden z nich znajdował się na najlepszej drodze w kierunku podłogi. Dwóch ludzi było klasy kapitańskiej a trzeci - potężny ciemnowłosy mężczyzna był guardianem. Towarzystwo podchmielone trunkami, których resztki walały się po ogromnej ławie wyglądało jak martwe.
Aragorn przyglądał się mu w milczeniu kiedy podszedł do niego właściciel gospody. Był wyraźnie roztrzęsiony.
- Następny - wyszeptał tak cicho, że Aragorn go niemal nie usłyszał.
- Dlaczego mówisz tak cicho Mości Gospodarzu - odezwał się po chwili.
- Panowie nie kazali - wyszeptał Butterbur i z wyraźną obawą zerknął w kąt gospody. Ten, który siedzi tam u szczytu stołu, co go zwą Valramir, powiedział, że spali gospodę jak ktoś będzie hałasował, bo ich niziołek Callantris wielce utrudzony odpoczywa... Utrudzony... Piwożłop jeden! Wypił mi 2 beczułki zacnego ale z Hobbitonu a kiedy próbowaliśmy mu odmówić następnej - zagrał na swej mandolince. Stąd pustki w izbie. Zrujnują mnie. Siedzą tu już trzeci dzień. Elf, którego zwą Ingolas opił się wina i rzucał toporami w trofea myśliwskie, które niegdyś zdobiły moją gospodę. Najspokojniejszy z nich to ten wielki guardian - Eyck. Zamówił 5 flaszek zacnej gorzałeczki krasnoludzkiej i pił duszkiem po kolei. Po trzeciej przycichł... A ten drugi kapitan Quintu zabawiał się z Valramirem w pijacką gierkę. Po całym dniu picia odpadł a ten Valramir nawet nie sprawiał wrażenia choć trochę podchmielonego... Zresztą co ja ci będę Obieżyświacie - Strażniku opowiadał - Zabieraj ich stąd! Jeszcze dzień i nie wytrzymam i przyjdzie mi interes zwinąć.
- A co mnie do nich! - zawołał wyraźnie poruszony Aragorn.
- Jak to co? - szepnął Barliman - Wszakże to jedni z twoich. Od dwóch dni wydzierają się jacy to z nich sławni i niepokonani Strażnicy....
Aragorn zaniemówił. Popatrzył tylko na zmasakrowaną alkoholem piątkę i po raz pierwszy w swoim życiu paskudnie zaklął....
pozdrawiam