.... Pij maleńka – Jakub miał cokolwiek obleśną minę. Jakub, jak nie zabierzesz tej reki z mojego tyłka, to Ci ją złamie – Elrama wypowiedziała to bełkotliwym tonem – To że razem obrobiliśmy tych frajerów nie daję Ci prawa do badania w sposób organoleptyczny mojej figury. Lepiej powiedz gdzie tu można coś dobrego przekąsić. Dosyć mam już tego Twojego samogonu na pusty bandzioch. Jakub podrapał się po swojej łysej łepetynie – Tu za rogiem jest taka gospoda, taka malutka hobbitka prowadzi ten przybytek. Miło czysto i wyżerka że palce lizać. U Jantarki się zwie. Cho mała podjemy se.
Po chwili już wchodzili po schodkach prowadzących do karczmy ,,U Jantarki" - Zobaczysz Mała – Jakub aż się oblizał – jakie tu są naleśniczki. Nagle drzwi odskoczyły z hukiem, w drzwiach stała mała hobbitka trzymając za pasek od spodni zwisającego smętnie krasnala – ja Ci dam padalcu, co moje naleśniki są mdłe? - i potężnym kopniakiem posłała krasnoluda w najbliższą kałużę błota.
Nagle ujrzała Jakuba i Elramę stojących na szczycie schodów. Uśmiechnęła się promiennie i rzekła – zapraszam do mojej Karczmy, najlepsze jedzenie w miłej atmosferze, a naleśniczki – palce lizać. Elrama, mając jeszcze przed oczami lot krasnala z jego nieudanym lądowaniem, złapała Jakuba za rękaw i rzekła – Jakub ja już nie jestem głodna, ja chcę do mamy ...
;D - polecam specjały Bursztynki, najlepsza wyżerka na mieście. Dzięki Bursztynka za krakersy,że tak powiem uratowały mój tyłek w Garth Agarwen. Jeszcze raz dziękuje :)
kilka miesięcy później..
-,,..., Elka, pomóż"– przez gwar w zatłoczonej Karczmie ,,u Jantarki" przebił się alt z nutką zniecierpliwienia, jakby ktoś czuł się niezauważany.
Elrama rozejrzała się próbując znaleźć mówiącą.
-"Nie tam, niżej"- powiedziała śmiejąc się hobbitka z blond kucykami
-,,My się znamy?"- zapytała Elrama sceptycznie.
-,,No osobiście nie, ale Bursz mi cię opisała. Zaraz się zjawi reszta drużyny, a nie ma wolnego stolika"
-,,Bondur"- powiedziała zaintrygowana nieznajomą Elrama – ,, Załatwisz stolik?"
-,,Ok."- powiedział Bondur po skończeniu przedostatniego naleśnika z wielkiej patelni która stała przed nimi.
-,,BARUK KHAZAD"
-okrzyk zwrócił uwagę wszystkich obecnych w sali i w odległości kilkunastu metrów od niej- ,,Zaraz przybędzie tu Mistrz Taltilar z drużyną, potrzebujemy drugi stół żeby usiadł i nie grał na Sami Wiecie Czym"
-,,Przesiądźcie się gdzie indziej"- przy najbliższym stoliku stali bywalcy od razu wstali, a nowi dopiero po mrożących krew w żyłach wyjaśnieniach, co oznaczał ten zagadkowy komunikat.
-,,Jeszcze naleśników"- Edhenor slapnął lekko w ucho roznoszącego jedzenie, który zapatrzył się na dekolt cytrynowo - rdzawej sukni Elramy.
-,, Cześć jestem Buubu, młodsza siostra Bursz" – przedstawiła się sprawczyni zamieszania, napotykając jak zwykle rozbawione spojrzenia po tym stwierdzeniu.-,,Niektórym trudno zauważyć podobieństwo, bo wypiła eliksir Fangornu i urosła jak brzoza, zamiast mieć śliczną kulistą sylwetkę, jak przeciętny hobbit" – z zadowoleniem sięgnęła po ostatniego naleśnika z ostrym mięsnym nadzieniem.
,,... no co? Naprawdę jesteśmy siostrami – przytłumiła dłonią długie, donośne beknięcie. Czapka siedzącej obok osoby, nagle ożyła i poleciała na środek sali. ,, - Czego się gapisz? - twarz Buubu wskazywała już na duże, może nawet zbyt duże stężenie Bhut Jolokia. Osobnik z drugiej strony baru nie przeczuwał niebezpieczeństwa. Nagle padł bez czucia. ,, - Nic tak nie gasi ciekawości jak celnie rzucony orzech – uśmiechnęła się promiennie Buubu, podrzucając od niechcenia drugą dłonią orzech o metalicznej połyskującej skorupie. ,, - O czym to ja mówiłam? A właśnie, jest robota do zrobienia. Trzeba zakosić z czeluści Morii pierścień świetlisty – zwany Bursztynowym a po hobbicku Amber zwany. Moja siostra Bursz bez niego świruje. Wiesz jakie te długonogie dziewoje ze śmiesznymi uszami mają wymagania. Uff, pyszne są te naleśniki z wołowiną i Bhut Jolokia, ale jak zaraz garnca miodu nie wychylę to chyba eksploduję. Bondur, załatw coś godnego naszych gardeł. Tylko szybko, wiesz że zaraz wpadnie Mistrz Taltilar a On nie przepuści żadnemu antałkowi, a jak jeszcze weźmie Khelegros-a, to wodę ze strumienia przyjdzie nam pić. Bondur coś chciał rzec, na temat chłopców na posyłki, ale zrezygnował widząc orzech w dłoni Buubu i całą ich gromadkę zawieszona w sakiewce na pasku. Bo wiadomo i topór d... gdy nadlatujących orzechów kupa. ,,- No dobra, ale co ja mam z tym wspólnego. Wiem że w drużynie Waszej jest kilku niezłych zabijaków, a i speców o długich lepkich palcach – Elrama, brzydziła się kradzieżą, Nie mniej jednak podobało się jej to nowe wyzwanie. W zamyśleniu poprawiła włosy, cokolwiek nieobecnym wzrokiem oglądając pięknie wykonaną broszę, którą wyciągnęła z sakiewki siedzącego obok kupca.
PS. Bhut Jolokia - Aktualnie od 2007 r. w Księdze Guinness'a jako najbardziej ostra papryka widnieje Bhut Jolokia. W Andach Ameryki Południowej podobno występuje mała, bardzo ostra, dzika odmiana, nazywana przez Indian "Gringo- Killer" - ale to juz podobno KOSMOS. ;D
Coper siedział w rogu zajadając kolejnego naleśnika, zapijając kuflem piwa. ,,Cholerne naleśniki" – mruknął pod nosem. Będzie już jakiś miesiąc, jak nieopatrznie zaszedł do ,,Jantarki" i tym samym zakończył swoją edukację w Gildii Łotrzyków. Odsunął talerz i nabił fajkę zielem, po chwili siedział w chmurze aromatycznego dymu a zmysły jego jaśniejsze jakby się stały. Z zadowoleniem podrapał się po łysej głowie, wyciągnął owłosione nogi, z uśmiechem popatrzył na cytrynową sukienkę, którą miesiąc temu dostał od pewnej 'człowieczki' (jak nazywał kobiety) z Gildii. Zapewne nie wyglądał zbyt dostojnie: mały, gruby (jak każdy) hobbit w poplamionej sukience i przepaską na oku - zaciągnął się głęboko zielem z fajki, z pełnym brzuchem, kuflem piwa i fajką czuł się najszczęśliwszym hobbitem po słońcem. Stan ten przerwała nisko przelatująca czapka, a chwilę później osuwający się koło baru człowiek – i to nie z przyczyny zbyt dużej ilości wypitego trunku. Poszukał wzrokiem przyczyny upadku i po chwili znalazł: to była siostra właścicielki ,,Jantarki" – Buubu, która toczyła ożywioną dyskusję z.... tak! znam ją! to ta sama 'człowieczka', która obdarowała go cytrynową sukienką. Jak jej było – gorączkowo przeszukiwał pamięć – Raka, Erka, wiem! Elrama. Szybko dopił kufel i skierował się do baru uzupełnić braki w płynach, a jednocześnie tak manewrował, żeby blisko się obu dziewczyn znaleźć – obecność Elramy, zapowiedź przybycia Taltilar zwiastowało zbliżającą się Przygodę. Czekając na nalanie kufla wytężał słuch, jednak szum w knajpie skutecznie tłumił ożywioną dyskusję kobiet. Do uszu jego doleciał tylko przeciągłe beknięcie Buubu – nie to chciał usłyszeć – zabrał kufel i wolnym krokiem skierował się do swojego stolika. Przechodząc zrozumiał trzy magiczne słowa: pierścień, Amber, Moria. Zamyślił się... takie wyprawy to niebezpieczeństwo, ale też i chwała i bogactwo – pod warunkiem że się wróci cało z takie wyprawy. Spojrzał na pusty talerz po naleśnikach – ,,pewnych spraw nie można przeginać" – pomyślał i podjął decyzję, jedyną słuszną w jego mniemaniu. Wypił kilkoma haustami kufel, wytarł ręce w sukienkę i wyszedł z ,,Jantarki" w ciemną noc Bree. Po kilku minutach pukał do chaty na obrzeżach miasta, po chwili drugi raz mocniej – cisza. ,,Gdzie ta łowczyni polazła w ciemną noc" zamruczał, choć doskonale wiedział, że zastanie jej właśnie nocą może być najtrudniejsze. ,,Wracam na jeszcze jednego naleśnika" – już się miał odwrócić, gdy poczuł zimne ostrze na gardle.
,,Odwróć się powolutku" – usłyszał cichy szept przypominający syczenie w uchu.
,,Cześć Traithar" – wydukał – strachliwy specjalnie nie był, ale obiło mu się o uszy o kilku bolesnych pomyłkach Trai – szczególnie po zbyt długich nasiadówkach z fajką i kuflem – i wolał nie sprawdzać dzisiejszego humoru 'człowieczki'.
,,Coperek!" – wyraźnie się ucieszyła – ,,zapraszam, właśnie dostałam beczułkę jęczmiennego piwa z Sire, zapewne skosztujesz" – powiedziała szeroko otwierając drzwi i rozdmuchując przygaszony kominek.
Coper nabił fajkę, pociągnął łyka piwa – wiedział, że czasu jest niewiele
,,Traithar, spotkałem dziś Elramę ,,U Jantarki"" – zaczął szybko i od razu zobaczył błysk w oku Traithar, znały się doskonale z tego co pamiętał – ,,jak zwykle Bursztynka nie narzeka na ilość gości (przeklęte naleśniki!), ale chyba szykuje się wyprawa. Nie byle jaka wyprawa, bo po Bursztynowy Pierścień!" zaciągnął się zielem.
Traithar już nie było, uśmiechnął się do siebie, nalał sobie jeszcze kufelek – zasłużył na niego. ,,Wolę naleśniki, ale ta 'człowieczka' woli biegać po kopalniach. Może jakiś prezencik przyniesie. O ile wróci..."
Traithar pchnęła drzwi od ,,Jantarki", szybko namierzyła wzrokiem Elramę – stała w towarzystwie Buubu, Taltilar, Bondura, Khelegros'a i kilku jeszcze osób, których nie znała.
,,Zapowiada się ciekawie" – wymamrotała i podeszła do Elki – jak ją nazywała.
Bursztynka była w swoim żywiole. Robiła to co lubi a na dodatek jej wielbiciele z siostrą na czele szykowali się do pełnej niebezpieczeństw wyprawy po marzenie jej życia – bursztynowy pierścień z zakamarków Morii. Krzątała się po izbie pełnej gości i przyjmując zamówienia obmyślała w duchu jakież to specjały przygotuje na drogę dla Buubu, Elramy, Taltilara, Bondura, Khelegros'a i jeszcze paru innych szaleńców, którzy niedługo wyruszą w mroczne zakamarki Zapomnianego Skarbca. Nagle z miłego odrętwienia wyrwał ja huk otwieranych wrót. Oto w drzwiach stanęło 3 nowych gości a miny mieli oni strasznie oficjalne. Na czele grupy maszerował pewnym krokiem siwowłosy kapitan ze źle przystrzyżona bródką i paskudnie piękną szramą na gębie. Tuż obok w poplamionej jakimś świństwem ni to tunice ni to worku pokutnym paradował smutny jegomość z podkrążonymi oczami, w których migotało spojrzenie szaleńca. Profesji owego osobnika trudno było się domyślić, za to aura wokół postaci wskazywała, że z pewnością warzył on jakoweś specyfiki straszliwe najprawdopodobniej, bo chyba już nic na tym pięknym świecie nie śmierdzi gorzej od zielonkawego obłoku unoszącego się wokół przybysza. Trzeci z przybyłych chyba najbardziej wkomponowywał się w klimat gospody. Plamy na kaftanie były jak najbardziej spożywczego pochodzenia. Chwiejny krok i nieświeży oddech wskazywały jasno o skłonności owego człowieka do trunków rozmaitych wszelakiej mocy i rodzaju a olbrzymia halabarda na plecach jednoznacznie wskazywała, że ma się do czynienia z kolejnym kapitanem. Kapitan owy mruczał coś pod nosem widocznie niezadowolony, że musi gdzieś łazić zamiast złożyć głowę w jakimś ciepłym i przytulnym wyrku. Przywódca stanął na środku gospody i ryknął – ,,Dziewki szukamy. Podobno się tu kręci. Bursztynka się zwie, psia mać..." Tu kapitan nie dokończył robiąc raptem niesamowity unik i unosząc małą lekką tarczę, którą jeszcze przed chwila miał przytroczoną do pasa. Rzucony wprawna ręką Buubu orzech odbił się od tarczy i rykoszetem wyrżnął w głowę drugiego kapitana, który opadł na stół i łamiąc go znieruchomiał pogrzebany jego fragmentami. Jednocześnie smutny jegomość w worku ujawnił swoja profesję – wykonał nieznaczny ruch prawą ręka i oczy Buubu rozbłysły na chwilę a ona sama wrzasnęła przeraźliwie oślepiona czarami Władcy Bestii. Cała kompania skupiona wokół Bursztynki zerwała się wyciągając oręż. Lore master szybko porachował przeciwników i chyba doszedł do niezadowalających wyników, gdyż nagle krzyknął - "Fafik do nogi!" i zaraz potem, rozwalając okiennicę, do gospody wskoczył wyliniały na grzebiecie olbrzymi szablozębny tygrys wywołując popłoch wśród biesiadujących przy stołach gości. Wydawało się, że dojdzie do masakry, gdy raptem przywódca przybyłych warknął z wściekłością – "Na przedstawicieli władzy podnosicie łapy psie juchy?" - tu kapitan wyciągnął zza pazuchy zwój pergaminu i niedbale cisnął go na blat jednego ze stołów - "Starszy Inspektor Quintu – Straszna Agencja ds. Nieświeżych Eliksirów, Popitek i Dań w skrócie powszechnie SANEPIDEM zwana. Doszły nas słuchy że tu się wyrabiają rzeczy niezgodne ze sztuką kucharzenia. Jakoweś placki z zakalcami tu podają w warunkach uwłaczających nie tylko człowiekowi ale i bydlętom domowym. Dlatego też nasi przełożeni przysłali mnie a także obecnego tu młodszego referenta Ptaha – specjalistę ds. eliksirów i składników potraw oraz stażystę Valramira – wybitnego specjalistę ds. trunków wszelakich... obecnie w stanie spoczynku. Wasza sytuacja jest zła!" Po tej przemowie atmosfera w karczmie stężała...
...Kapitan delektował się tą chwilą ironicznie spoglądając na zgromadzoną w karczmie gawiedź. - No to teraz posprawdzamy tu wszystko od najmniejszego garnuszka do... Na garnuszki będziesz się gapił?? - drugi z kapitanów dźwignął się z fragmentów zdruzgotanego stołu trzymając się za rozbitą głowę. Trzeba tę tandetę sprawdzić - kołysząc się wskazał na rozwalony stół - przecież takie słabe meble to jest zagrożenie! Tak... - Quintu w zadumie spojrzał się na grube, dębowe fragmenty mebla a potem na zwalistą postać Valramira - zbadamy i to. Potrzebujemy miejsca zacisznego ale z oglądem na całą gospodę. Bursztynka szybko znalazła odpowiednie miejsce wywalając biesiadujących w kąciku oficerów wielce zasłużonej gildii Twierdza, którzy obmyślali kolejny rajd w okolice Dol Guldur (wieść niesie że rajd jasny szlag trafił łącznie z oficerami - Huriel szuka ich do tej pory a jej oczy są pełne wyrzutu). Na początek poprosimy kopę naleśniczków... - kapitan mlasnął z ukontentowaniem, po czym chrząknął i dodał - Tylko nie myśl dziewko, że będziemy je konsumować z przyjemnością... Badania będziemy robić czy aby nie trujecie ludzi tu - na te słowa Ptah wyciągnął z przepastnego worka jakieś dziwaczne flakoniki wypełnione jeszcze dziwniejszymi cieczami. Wydaje się, że po potraktowaniu naleśniczków tymi specyfikami faktycznie ktoś mógłby się otruć ale Ptah nie zwracał na to żadnej uwagi. - A ja poproszę rocznikami - kolejne trunki które trzymasz w piwniczce dobra kobieto! - Valramir rozsiadł się wygodnie na ławie. Widać było, że jest w swoim żywiole - zrobimy porządne testy. Zrobię nawet notatki. Tu Val rozejrzał się po gospodzie i zawołał - Ma ktoś jakie pióro i pergamin?? - Valramir nie wygłupiaj się, przecież ty pisać nie umiesz - zaoponował wyraźnie zdegustowany Ptah. - Ja chciałem tylko kreski stawiać, żeby policzyć ile wypi... chrząknął niepewnie Valramir, ale zaraz zamilkł spiorunowany wzrokiem inspektora i referenta. Ech ci stażyści... - zrezygnowanym tonem rzekł Quintu i zmienił temat - No do roboty dziewko. Przecież nie będziemy czekać pół dnia!
Po niedługim czasie na przepastnym stole znalazła się pierwsza 60-tka naleśniczków, wspaniałym zapachem rozchodząc się po izbach gospody Bursztynki. Quintu i Valramir chcieli rzucić się do organoleptycznego testowania wyrobów jednakże, Ptah zatrzymał ich zdecydowanym ruchem. Powąchał naleśniki i powiedział - Co to do diaska jest?? To kobieto co upiekłaś nadaje się tylko dla mojego Fafika. Zgarnął naleśniki ze stołu i cisnął wraz z talerzem Fafikowi, który tylko kłapnął zębami i pożarł wszystkie wypieki nie zaprzątając sobie głowy talerzem który zazgrzytał miedzy siekaczami. Widać było, że ma w tym nielichą wprawę jakby jego pan robił tę sztuczkę z jedzeniem w każdej napotkanej gospodzie. Szablozębny musiał być wyraźnie ukontentowany naleśnikami bo po chwili rozłożył się wygodnie na środku głównej izby i odstraszając kolejnych klientów, usnął. - A teraz poprosimy o naleśniki dla ludzi! - powiedział uroczyście Ptah a Bursztynka pomyślała, że lubi go już trochę mniej...
... Nikt nie mówił, że to miała być uczciwa walka. Trzeba było po prostu załatwić dwóch mięśniaków i zabrać im Amber ring. Szybki rzut oka na ukryte w cieniu kolumn Bursz i Traithar. Traithar z wiecznie znudzonym wyrazem twarzy uważnie celowała w jednego z trolli z łuku. Po drugiej stronie Bursz stała spokojnie w postawie strzeleckiej. Elrama szybko skinęła głową. Już czas. Szybkie podcięcie nóg powaliło i oszołomiło jednego trolla wyzwalając jednocześnie potężny czar grupowy. Jęk cięciw rozległ się jak śpiew w uśpionej dotąd komnacie. Precyzyjnie wymierzone strzały wzmocnione czarami przebiły pancerz oszołomionego wroga. – Już czas, jest Wasz – okrzyk elramy ledwo przebił się przez ryk drugiego trolla. Szybki cios sztyletem w brzuch wściekle ryczącego drugiego trolla. – Ehh, pancerz pod skórą – myśli elramy biegły z szybkością błyskawicy. Cios, mimo że nie dotarł do celu osiągnął zamierzony skutek. Troll porzucił wciąż oszołomionego kompana zasypywanego lawiną strzał. Szybki unik przed ciosem toporem. Unik, odskok. Krok po kroku elrama odciągała trolla od rannego kompana. Mimo, że walka trwała dopiero kilka chwil widać było, że zgranie atakujących bierze górę nad wciąż oszołomionymi trollami. Precyzyjnie wymierzone strzały dobijały rannego troll. Drugi troll owładnięty był tylko jedną myślą. Rozpłatać czaszkę tego ludzkiego dziewczęcia. Szybki wypad prawą ręką. Ostrze miecza celuje w serce elramy. To miał być szybki śmiertelny cios. Nagle ta śmieszna mała ruda dziewczynka robi lewą nogą krótki krok w tył. Jej prawa ręka z dużą siłą uderza w atakujący nadgarstek. Szybki skręt bioder atakowanej dziewczyny poparty mocnym uderzeniem lewej ręki w łokieć. Troll ze zdumieniem stwierdził, że został obrócony o 180 stopni przez to rude chucherko. Ryknął wściekle. Runął w przód, chcąc przedłużyć ruch dziewczyny, i zgnieść ją swoim ciężarem. – Cholera, wielkie i ciężkie to bydle. Dziewczyny pomocy. – Odwal się – warknęła Traithar – ciągły jęk cięciw świadczył, że były zajęte. Szybki rzut oka na drugą stronę sali, uświadomił elramie że walka z trollami to nie jest spacerek. Stwór krwawiąc z licznych ran, cały naszpikowanymi strzałami, co rusz próbował zbliżyć się to do Bursz to do Traithar, które to, ciągle zmieniając pozycję zasypywały trolla chmarą strzał. Cóż chyba zdana jestem na siebie – po ciele elramy przebiegło znajome mrowienie. W żyłach aż kipiało od adrenaliny. Świat rozjaśnił się a czas jakby spowolnił. Ruchy trolla Elrama widziała jak na zwolnionych obrotach. Wznoszące się lewe ramie z toporem w łapie. Potężny cios topora. Ruchy elramy stają się automatyczne. Szybki krok lewą nogą. Obydwie ręce dziewczyny zakreślają krótki łuk. Prawa ręka dziewczyny pogłębia uderzenie trolla, lewa zaś uderza w pochylony kart stwora. TRoll po raz kolejny poleciał w kąt sali. Nie doceniła jednak jego zwinności. Przetoczył się jak wielka kula. Ledwo stanął na nogach, zrobił zwrot i runą do ataku. Ciął mieczem z góry w dół. Ręce elramy w obronnym geście wystrzeliły do góry, w ostatniej chwili blokując atakujące ramie. Odwrotny piruet miał wynieść ją z zasięgu atakującego trolla. Potężny kopniak rzucił nią jak szmacianą lalką. – Elka, rusz dupę Śpiąca Królewno – słowa Traithar docierały jak przez mgłę – Jak się ją wkurzy lepiej walczy – te słowa skierowane były do Bursz, która biegła w stroną toczącej się walki, przystając co chwilę, aby oddać serię strzałów w słabe miejsca w pancerzu trolla. - Teraz – leniwie myśl przepłynęła przez głowę elramy, widząc jak Traithar i Bursz stanęły w postawie strzeleckiej potężnie napinając łuki. Jak w zwolnionym tempie widzi wznoszące się prawe ramię trolla. Teraz, szybki przerzut sztyletu do prawej ręki, lewa noga po skosie w przód, lewa ręka atakuje wzniesione ramię, prawa uzbrojona w sztylet, atakuję nieosłonięte gardło stwora. Prawa noga robi jeszcze jeden krok, skręt bioder, lewa noga po łuku w tył. Czas się zatrzymał ... jęk cięciw...zdziwienie w oczach osuwającego się trolla – Taka smarkula ... ciemność.
Możecie się przymknąć – Elrama ledwo wymówiła te słowa do piszczących Traithar i Bursz – Amber ring, Amber ring – piszczały, skacząc w kółko. Ostatni raz biorę udział w takiej wyprawie, następnym razem któraś w Was bierze na siebie któregoś z tych bydlaków. Poza tym gdzie jest ta osławiona grupa SANEPID, która miała być dzielna, śmiała i waleczna. Faceci, jak ich potrzeba zawsze ich nie ma. – Elrama miała paskudny nastrój. Po kilkudziesięciu minutach marszu przez zakurzone komnaty Morii, dostrzegły łunę małego ogniska i dobiegły ich wrzaski dobywające się z kilku gardzieli. Wchodząc w zasięg światła zobaczyły dzielną grupę SANEPID opróżniający spory antałek z jakimś dziwnym monstrum. – Oooo dziewczyny, Skarbeńki – Ptah cokolwiek bełkotliwym tonem wypowiedział te słowa. Quint zamglonym wzrokiem spojrzał na Ptaha i powiódł oczyma za jego wyciągniętą ręką. Ryk Bursz nie wróżył nic dobrego. - To my walczymy, krwawimy a Wy Ochlapusy jedne jakiś grill z jakimś innym zapijaczonym bydlęciem robicie. Ale same dałyśmy sobie radę. Jak zwykle zresztą. Faceci!! – Ależ Skarbeńki – Ptah miał coś dodać. Cios Bursz w jednej chwili pozbawił go przytomności. Wściekłe dziewczyny dosiadły wierzchowców ruszając w drogę powrotną do karczmy ,,U Jantarki". Quint dowlókł się do nieprzytomnego Ptaha. Czym by tu go docucić? Popatrzył na leżącego obok Valramira antałek. Podniósł go – zachlupotało w nim trochę cieczy. Już wiedział, że docuci Ptaha. Przechylił antałek i reszta cieczy spłynęła na jego spragnione gardło. Dobre – po czym pochylił się i mocno strzelił w pysk Ptaka – Wstawaj opoju. Czas nam w drogę. Po kilkunastu minutach, przytrokowali bezwładne ciało Valramira, zagasili ognisko. Na odchodne dobudzili nieznajomego, który z nimi ucztował. - Te Watcher coś nasze Skarbeńki złe jakieś. Bywaj Brachu. Wpadniemy do Ciebie na antałek tudzież dwa. Z biznesu nici, chyba dziewczynom już nie podoba się Amber ring. Szkoda, bo na tej Twojej skrzyni, co ją nam chciałeś dać, nieźle byśmy się obłowili. Tyle towaru, same Amber ringi. Ale nic to. Bywaj! – i ruszyli stępa w ślad za dziewczynami. Ptah tylko markotnie powtarzał w kółko – Kto te Baby zrozumie, chciały pierścionek, jak załatwiliśmy go, to potem go nie chciały, ale żeby zaraz w pysk? Kto zrozumie Kobiety? ...
/ninja edit
coper zdaje się nie jest autorem tego tekstu, tylko Elka gościnnie korzystający z jego kompa ;-)