Pages: 1 ... 4 5 [6] 7 8 ... 13
  Print  
Autor Topic: Strażnicy  (Read 61333 times)
Czarna Mamba
Przybysz
*
Offline Offline

Wiadomości: 19


« Reply #75 on: September 25, 2008, 02:08:25 PM »

Ciesze sie  ze juz niedlugo uderzymy razem na wszelakie elity ja rownierz mam w pamieci wiele piknych bitew :) . Dzis ruszam pod sztandarem EZ do riftu po chwale i zloto;) natomiast jutro obchodze dzien żony ;) i musze zawiesic topor na kolek ale za to w sobote i nastepne dni nie raidowe rusze z wami na łowy tankiem albo hunterem w zaleznosci od potrzeb :)
Quintu
Wojownik Twierdzy
Mędrzec
*
Offline Offline

Wiadomości: 457

"Sam jesteś BaRlog!" :D


« Reply #76 on: September 30, 2008, 03:30:37 PM »

Strażnicy - nadszedł najwyższy czas aby ostatecznie zakończyć panoszenie się nieumarłych w Agamaur i Garth Agarwen; Do dzieła! :)


pozdrawiam

ps. proponuję zrobić dziś booka 2 do końca; jutro podciągnąć Agamaur i w czwartek przymierzyć się już do Garth Agarwen
Eyck
Wojownik Twierdzy
Jeździec
*
Offline Offline

Wiadomości: 73

Obłędny Rycerz


« Reply #77 on: September 30, 2008, 03:53:49 PM »

Na dziś i czwartek chętnie się piszę, jutro nie będę mógł pójść.
Zamir
Wojownik Twierdzy
Super Bohater
*
Offline Offline

Wiadomości: 1104


Zamir MATURA 1965 - Punkt G - fakt czy mit?


« Reply #78 on: October 03, 2008, 07:58:13 AM »

Dzisiaj to jest piątek 03.10.2008 godz. 21 z kawałkiem robimy b2. Idę Valem.
Quintu
Wojownik Twierdzy
Mędrzec
*
Offline Offline

Wiadomości: 457

"Sam jesteś BaRlog!" :D


« Reply #79 on: October 03, 2008, 09:02:14 AM »

A TERAZ TROCHĘ RODOWYCH OPOWIEŚCI...


    Szperając po - muszę przyznać - dość nielicznych zapiskach i starych pergaminach jakie zachowały się w siedzibie Halabarda w Esteldin, dotarłem do dość interesującej Księgi Spisu Spraw Wszelakich. Wynika z  niej jakoby w okolicach farmy Williama Peake'a w North Downs żyła i pomagała temu zacnemu farmerowi w prowadzeniu gospodarki - rodzina Długomira, który zasłynął na całe Śródziemie płodząc pięciu wielkich wojowników. Oczywiście zachowały się w Księdze (bez dat narodzin - nad czym bardzo ubolewam) imiona śmiałków, którzy kilkanaście lat później odcisnęli swe piętno na całym świecie Śródziemia i wielkich czynów dokonali. Jeżeli nie domyślacie się jeszcze o kogo chodzi, już spieszę donieść, że oczywiście mowa tu o (podaję według starszeństwa) Zamira, Hasmira, Valramira, Kazamira i wreszcie najmłodszego Artamira.

    Księga milczy na temat późniejszych czynów dzieci Długomira (o nich i tak wszyscy wiedzą) natomiast nie wiedzieć czemu rozpisuje się na temat skłonności malców wspominając coś o nietrzymaniu moczu przez Zamira, dziwnym kolorze skóry Hasmira (podobno jego matka zapatrzyła się niegdyś na kolumnę jeńców orkowych, którzy rzucili nań zły urok; mój mentor - Quinthorin Niezłomny powiada, że Hasmir słysząc jakiekolwiek komentarze na temat swego wyglądu wpadał we wściekłość tak straszliwą, że nawet on - chociaż mienił się jego przyjacielem - nie śmiał mu wtedy w drogę wchodzić i raczej wolał przeczekać aż Hasmirowi złość przejdzie - a  i tak zazwyczaj kończyło się to paroma trupami i to niekoniecznie orków). W Księdze napisano i o tym jak w latach wczesnej młodości Valramir podkradał wraz z Artamirem z piwnic farmy antałki win zacnych (antałków nigdy nie odnaleziono nie mówiąc już o ich zawartości), i wreszcie wspomina o frasunku Williama Peake'a któremu różne rzeczy ginęły i które odnaleziono później w okolicach łoża Kazamira.

    Powiada też stara Księga, że "dnia pewnego zawezwał stary Długomir synów swych i zadanie zawiłe każdemu z nich zlecił. W warowni goblinów co niecałą staje od farmy stała ukrył Długomir pięć pamiątek rodzinnych a teraz kazał każdemu z synów po jednej z nich odnaleźć i do domu przynieść.  I poszedł Zamir, który drogę mieczem sobie przez łby goblinów wyciął. A kiedy przyniósł wisior zacny własnością Długomira będący i opowiedział o swej przygodzie ojciec polecił mu kształcić się w profesji championskiej. Potem Hasmir poszedł, a że w obłaskawianiu zwierząt wszelakich zdolnym będąc - wystraszył tak gobliny swymi niedźwiedziami, że przerażone ucieczką się salwowały a potem jawnie do ich warowni wszedłwszy przyniósł pierścień ojcowski a wdzięczny ojciec wskazał mu drogę w profesji Władców Bestii. Valramir natomiast zebrawszy okolicznych przyjaciół ruszył z nimi po sztylet ojcowski i tak nimi zacnie kierował, że bez uszczerbku żadnego wrócili a i sztylet Długomirowi przynieśli. Nie namyślał się ojciec długo i na kapitana Valramirowi szkolić sie kazał. Niewiele wiadomo jak Kazamir przyniósł hełm ojcowski - można powiedzieć, tylko że wyszedł i przyniósł a żaden z goblinów uszczerbku nie odniósł tylko im mnóstwo rzeczy poginęło w warowni. Nie podobało się to Długomirowi wcale ale wiedział, że profesja burglarska będzie dla Kazamira najlepsza. Ostatni po naramienniki ojcowskie ruszył do obozu goblinów Artamir. Przekradłwszy się w okolice siedzib goblińskich szyjąc z łuku wystrzelał mnóstwo ich wojowników a potem ściganym przez nich będąc do domu wrócił i naramienniki u stóp nóg ojcowskich złożył. I pojął Długomir że Artamir będzie niegdyś mistrzem w hunterskiej profesji... I jeszcze jedna korzyść z zadań Długomira dla okolicznych mieszkańców wynikła - gobliny przeklinając swój parszywy los i nieustanne nękanie przez tych - jak ich nazwały - "Mirów Strasznych", wyniosły się stamtąd i nigdy już widziane tam nie były"   


pozdrawiam
Eyck
Wojownik Twierdzy
Jeździec
*
Offline Offline

Wiadomości: 73

Obłędny Rycerz


« Reply #80 on: October 03, 2008, 11:04:26 AM »

Szczegóły z młodości braci odjęły mi mowę   :o
Zamir
Wojownik Twierdzy
Super Bohater
*
Offline Offline

Wiadomości: 1104


Zamir MATURA 1965 - Punkt G - fakt czy mit?


« Reply #81 on: October 03, 2008, 01:07:36 PM »

Khym... cóż waści rzec mogę. Jeno to byś pergaminów nie czytał. Pisane one bowiem są przez wiarołomców i psubratów, którzy plotą byle co i byle jak… Wartości historycznej takie pergamina, żadnej mieć nie mogą. Pewnie sam Halabard bzdury owe wypisywał, bo wysługując się innymi, czasu wolnego ma wiele. Mówię waści, że spisane kłamstwa przytaczasz. Tatko nasz, niech Jedyny ma go w opiece, żyje w Minas Tirith a zwie się Arador. Imiona nasze od imion naszych władców się wywodzą a nie od mości Długomira. A któż to jeno skryba, powiedzieć zdoła. Ja nie wiem. Wedle wieku nie experjencyji tak być powinno: Zamir, Hasmir, Artamir, Kazamir i Valramir. Jako widzisz skryba umyślnie wszystko w księgach poplątał. Familia moja sławna, zazdrości budzi wiele, tym tłumaczyć mogę bajdy w onych księgach spisane…

Teraz poprosimy o spisanie historii każdego ze sławnych Strażników. Sam mości Quintu tematu się podjąłeś, więc do końca go doprowadź.  ;)
Quintu
Wojownik Twierdzy
Mędrzec
*
Offline Offline

Wiadomości: 457

"Sam jesteś BaRlog!" :D


« Reply #82 on: October 03, 2008, 01:29:21 PM »

No mnie zaskoczyłeś Mości Zamirze... Przekonanym był bowiem, że jakowąś wartość owe zapiski mają a i przyczynkiem zacnym mogą być aby genealogię twego rodu odtworzyć... Nie przypuszczałem, że Halabard może mi taką niespodziankę niecną uczynić.... Może faktycznie zazdrość jakąś do Mości jak i braci jego czuje... W sytuacji takiej uczynienie jakichkolwiek zapisków na temat Strażników niepewnym się staje, bo na równie nikłych i niepewnych źródłach oparta być może... Pozostaje mi tylko udać się do Rivendell, gdzie Mistrz Elrond wspaniały zbiór ksiąg posiada. Liczę, że powaga jego osoby sprawi, że kolejne zapiski za bardziej wiarygodne uchodzić będą...


pozdrawiam

ps. Arador z Minas Tirith?? Jeden z pomocników samego Namiestnika Gondoru?? No toś mnie Waść zaskoczył wielce - może opowiesz coś więcej o swoich przodkach o ile - mam nadzieje - ciekawą ta opowieść będzie?
Zamir
Wojownik Twierdzy
Super Bohater
*
Offline Offline

Wiadomości: 1104


Zamir MATURA 1965 - Punkt G - fakt czy mit?


« Reply #83 on: October 03, 2008, 03:43:27 PM »

Prośby Twojej nie spełnię. Proponuję coś innego. Zacząłeś historie Strażników. Kontynuujmy  zabawę.
Przepraszam za wszystkie niedociągnięcia i błędy. A także za długość tekstu.


Wyprawa. Cz. 1

W Gospodzie Pod Rozbrykanym Kucykiem, życie toczyło się powoli i spokojnie. Przyjemne ciepło kominka, gwar rozmów i unoszące się z kuchni zapachy, były tym czego pragnął każdy strudzony podróżny. W sali siedziało ich wielu. Budzili duże zainteresowanie wśród mieszkańców miasta. Byli źródłem wieści z dalekiego świata. Wieści groźnych i niesamowitych. Mówiono o wielkim zagrożeniu budzącym się na dalekim wschodzie. O goblinach, dzikich ludziach i innych stworach wyjętych z prosto baśni.

Nieopodal kominka, przy dużym stole siedziało czterech podróżnych, wyraźnie wyróżniających się od innych. Ukradkowe spojrzenia i przyciszone szepty, były jednak jedynymi przejawami zainteresowania jakimi obdarzała ich reszta gości. Nikogo to nie dziwiło, byli to bowiem Strażnicy, ludzie zbrojni i niebezpieczni. Ostatnimi czasami byli tematem każdej rozmowy w gospodzie i po za nią. Za ich to przyczyna zagrożenie płynące ze Starego Lasu przestało istnieć w większej części… tak samo jak sam las. Czterech z nich siedziało z ponurymi gębami przy suto zastawionym stole. Kupa wszelkiego rodzaju wojennego sprzętu walała się dokoła. Hobbit, nie wiadomej płci, Callantrisem zwany dłubał sztyletem w leżącym przed nim talerzu. Co jakiś czas rzucał potrawą w zdobiącą ścianę głowę niedźwiedzia. Wielki mąż, istny olbrzym przypatrywał się temu bezmyślnie na przemian, dłubiąc wielkim paluchem w uchu i wąchając palec. Był to sławny rycerz Eyck ostoja spokoju i powagi. Dwóch pozostałych kompanów elf Ingolas i człowiek Quintu toczyło cichą ale zaciętą rozmowę. Spór był zażarty poparty mocną gestykulacją powodem, której spora część jadła rozrzucona była pod stopami rozmówców lub zdobiła rękawy ich bluz. Towarzystwo było mocno podchmielone.

Drzwi otwarły się z hukiem. Stanął w nich rosły mężczyzna. Wszystkie spojrzenia w gospodzie skierowały się na niego. Płonące wściekłością oczy, wielki siniak pod lewym okiem, potargane włosy i rozerwana bluza przykuwały uwagę patrzących. Człowiek ten widać, musiał wrócić prosto z boju. U pasa przewieszone miał dwa potężne topory a przez ramię przełożony łuk dorównujący długością jego wzrostowi. Rozejrzał się po gospodzie, rzucając wyzwanie wszystkim patrzącym biesiadnikom. Zaraz też towarzystwo spuściło oczy przed tak hardym spojrzeniem. Wyraźnie widać było, że człek ten szuka pretekstu do wszczęcia bójki.

- ARTAMIR!!! – potężny głos, niczym ryk lwa zabrzmiał na sali. Rycerz Eyck, któremu widać piwo najmniej zaprószyło w głowie, zauważył wejście kompana. Zerwał się na nogi przewracając stół i resztę towarzystwa. Niefortunnie przechodząca obok służka potrącona - zupełnie niechcący - przez ogromnego męża przeleciała przez pół sali rozwalając wszystko po drodze. Hobbit przykryty przewróconym stołem, jęczał głośnym piskliwym głosem. Quintu i Ingolas gramolili się z podłogi upaprani jadłem i piwem.
- Ja katorgi przechodzę, leją mnie a wy się bawicie!!– wrzasnął Artamir.
- Mów kto, mów gdzie a zaraz łeb poczwary przyniosę! – ozwał się gniewnym głosem zacny captain, podnosząc z ziemi wielką halabardę. Obrócił nią dookoła, aż zafurczało. Oręż to widać potężny być musiał, bowiem łeb niedźwiedzia i inne ozdoby na ścianie wiszące rozkruszył niczym szkło. Ingolas, który życie swe zawdzięczał, jedynie temu, że po miecze się schylił, wtórował pięknym, czystym głosem:
- Gdzie ten, w rzyć chędożony, popapraniec! Gdzie ten zasrany…
- Spokój!!! – odezwał się zawsze spokojny Eyck – Artuś, pewnikiem oberwał od Zamira, brata swego…
- A, tak – potwierdził Artamir – Wyciągnijcie Callantrisa spod stołu, bo ledwo dycha. I dajcie się napić, bo mnie suszy ogromnie.
Eyck podniósł stół uwalniając hobbita. Czas był temu najwyższy bo ten zrobiwszy się cały czerwony, łzy z oczy puszczał i oddechu złapać nie mógł.
- Barlimanie, kochany, przynieś piwa i jadła – Artamir zwrócił się do mającego łzy w oczach Butterbura – jeno szybko... A sprzątnij bałagan. Nie rycz, rycerzy zacnych gościsz. O koszty się nie martw, wszystko– w odpowiednim czasie – zwrócim, co do srebrnika.

Po dość długiej chwili płaczący Barliman Butterbur z pomocą służby uprzątnął pobojowisko. Strażnicy rozsiedli się wygodnie, pociągnęli po kufelku zimnego piwa.
- Mów co tam Rada Starszych zdecydowała – Eyck ponuro spojrzał na Artamira.
- Pewnikiem powieszą, albo w lochu zamkną – zapiszczał Callantris.
- E tam – mruknął sławny hunter – Kazali tego Samborga ubić, głowę jego przynieść, Toma ułagodzić. Dają nam przewodnika - Emssik się zowie. Champion to i drogę zna…
- A to i dobrze, błądzić po lesie nie będziem, jak ostatnim razem – mówił Quintu z uśmiechem na twarzy, patrząc na Artamira – bo z ciebie taki hunter jak z mojej rzyci trąba, he, he.
- A pewnie, wspominając fakt jakeś się tej kapuchy obżarł – odparował Artamir.
- Cisza!!! –Eyck, rąbnął piąchą w stół przewracając wszystkie naczynia – Nie czas na zabawę. Jutro wyprawa. Naradę odbyć trza.
- Dobra, dobra… Artamirze, Zdrowie twoje!
- I Twoje zdrowie Quintu!!!
- Karczmarzu! Piwa dajcie, beczułki dwie – pisnął Callantris – i dla moich kompanów z jedną…
- Tak, tego najlepszego! – oblizał się Quintu - Strategię ułożyć musim a przy dobrym piwie łacniej się myśli.
Zrezygnowany Barliman, powlókł się wykonać zlecenie Strażników. „Może im trucizny jakieś do piwa dosypać?” myślał. Ale zacna dusza Butterbura sprzeciwiła się takiemu czynowi. „Do Rady Starszych się zwrócę. Niech straty pokryją. Koniec końców Strażnicy z Twierdzy są”. Machnął ręką i ruszył w kierunku piwniczki. „Ech, dobre to, że świtem na wyprawę ruszają, więc przynajmniej kilka dni odpocznę. A może i dłużej”.

Barliman Butterbur jednak się mylił w sprawie terminu wyprawy. Nocna narada trwała bowiem do bladego świtu. Ucichła dopiero, gdy znużone towarzystwo posnęło przy stole. Widać planowanie strategii, nawet tak doświadczonym mężom nie przychodziło łatwo. Trzeba było ustalić aprowizację, przebieg marszruty i wiele, wiele innych czynników, o których ludzie nie wojennego rzemiosła żadnego pojęcia mieć nie mogą. O trudach takiego posiedzenia świadczyła olbrzymia ilość pustych beczek, kości i jadła, które zgromadziły się wokół strudzonych Strażników. Było tego sporo. Wydawać się mogło, że to mała armia wyrusza na wyprawę. I niedaleko to od prawdy odbiegało, bowiem każdy ze Strażników wart był w boju przynajmniej dziesięciu ludzi. Każdy z nich zaprawę wojenną przez lata trudów i ćwiczeń zdobywał. Praktyka mistrzem czyni, więc Barliman Butterbur straty ogromne poniósł. Piwniczka i spiżarnia świeciły pustkami. Zmęczona służba i sam gospodarz spali po kątach i stołach gospody. Wszechobecną ciszę przerywało jedynie głośne chrapanie i kapanie piwa z niedopitej beczułki.

Cdn…

Edit. I przeprosiny dla Emssika  ;D
Scoantel
Banita
Jeździec
*
Offline Offline

Wiadomości: 76



« Reply #84 on: October 04, 2008, 11:51:22 AM »

Wspaniała opowieść Mości Zamirze. Już wkrótce podróż do GA. Strzeżcie się poddani Ivara, wasz koniec już bliski.
Quintu
Wojownik Twierdzy
Mędrzec
*
Offline Offline

Wiadomości: 457

"Sam jesteś BaRlog!" :D


« Reply #85 on: October 04, 2008, 01:11:45 PM »

opowieść zaiste - interesująca; natomiast z pewnym zażenowaniem chciałem zauważyć, że nie możemy chyba w nadmiernych ilościach pić doskonałego hobbickiego ale, bo oprócz smaku wybornego rozum przyprósza nieco i w efekcie z Emssika champa wyszedł nam Emssik guardian; o stosowne poprawki Mości Zamirze proszę a i Emssika przeprosić wypada aby nie frasował się naszymi pomyłkami bo nie takie już w swoim młodym życiu Strażnicy robili a zawsze obronną ręką z nich wychodzili...


pozdrawiam
Quintu
Wojownik Twierdzy
Mędrzec
*
Offline Offline

Wiadomości: 457

"Sam jesteś BaRlog!" :D


« Reply #86 on: October 09, 2008, 09:00:15 AM »

    Od czasów wczesnej młodości był bezimienny. Kiedy sięgał pamięcią w zakamarki przeszłości - za każdym razem widział w innych barwach swój początek. A to widział siebie w wielkim wiklinowym koszu płynącym rwącym potokiem. Innym razem widział siebie w zawiniątku leżącym w polu z kapustą a w jeszcze innym był niesiony w tobołku przez lecącego bociana wędrownego. Finał jednakże zawsze był taki sam - znajdowali go wieśniacy w Archet i zabierali do swoich domostw.

   Dzieciństwo miał trudne - nikt specjalnie nie przejmował się jego wiekiem czy tężyzną - od początku musiał ciężko pracować aby zarobić na wyżywienie w gospodarstwie a jego opiekunowie nigdy nie zapominali mu o tym przypomnieć poniżając przy każdej  nadarzającej się okazji. Nawet imienia mu nie nadali z wyraźną radością wołając nań po prostu Eee..., które było po prostu najkrótszym zawołaniem. Kiedy skończył 15 rok swego żywota, wieśniacy stwierdzili, że nie nadaje się do uprawy ziemi i wysłali na terminy do miejscowego kowala. U kowala nabrał cech mężczyzny - stał się postawny, dobrze zbudowany a praca w miechem i młotem kowalskim wyrobiła jego rękom biegłość we władaniu ciężkimi przedmiotami. Kowal wykonywał czasem na zamówienie okolicznych łowców jednoręczne miecze, lekkie tarcze i elementy zbroi - korzystał z tego i czasami pod okiem właścicieli oręża dobywał broni i szkolił się w jej władaniu. Mimo wyraźnych cech męskich wieśniacy nadal traktowali go jak postać niższej kategorii. Ciągle wołali na niego E. co wprawiało go w rosnące stopniowo przygnębienie a potem wściekłość. Wreszcie pewnego dnia nie wytrzymał. Kiedy jeden z wieśniaków zaśmiał się szyderczo i już miał wykrzyczeć jego zawołanie, odwrócił się szybko i silnym, mocarnym ruchem złapał delikwenta za gardło. Ten wycharczał jedynie

Eeee...y...c...k...

i padł bez ducha na ziemię. Reszta obecnych wieśniaków rozstąpiła się przerażona. Stał pośród nich i z wściekłością wpatrywał w nich swój szalony wzrok. Nagle doznał olśnienia. - Eyck?? - wyszeptał - Podoba mi się... Tak... Tak się odtąd będe zwał. Radzę wam zapamiętać. I ruszył przed siebie. I  imię stało się słynne w Śródziemiu...
Zamir
Wojownik Twierdzy
Super Bohater
*
Offline Offline

Wiadomości: 1104


Zamir MATURA 1965 - Punkt G - fakt czy mit?


« Reply #87 on: October 09, 2008, 09:19:44 AM »

Eyck... i wszystko jasne. Zawołanie bojowe i imię sławne.
Eyck
Wojownik Twierdzy
Jeździec
*
Offline Offline

Wiadomości: 73

Obłędny Rycerz


« Reply #88 on: October 09, 2008, 03:55:45 PM »

Tak było, zaiste. Tym razem mości Quintu z dobrych źródeł korzystał ;)
Zamir
Wojownik Twierdzy
Super Bohater
*
Offline Offline

Wiadomości: 1104


Zamir MATURA 1965 - Punkt G - fakt czy mit?


« Reply #89 on: October 15, 2008, 11:10:02 AM »

Wyprawa. Cz. 2

Bree budziło się ze snu. Położone nisko słońce świeciło jasno rozpraszając resztki nocnego chłodu. W cieniu wschodniej bramy stał mężczyzna. Był wysoki, o ciemnej karnacji, z którą kontrastowały jasne szare oczy. Przystojną twarz szpeciła blizna przecinająca na ukos czoło, nos, usta i prawy policzek. Odziany był w czarną, noszącą ślady częstego używania zbroję. Dwa długie miecze wiszące u pasa odbijały światło wschodzącego słońca. Przez bramę wjechał podróżny. Twarz mężczyzny rozjaśnił szeroki uśmiech. Przybysz był krasnoludem. Ciężka zbroja i dwa topory przy pasie zdradzały, na pierwszy rzut oka, jego profesję. Obcy championem, sławnym Quinthorinem chwałą i założycielem rodu Quintów. Ważne sprawy i tęsknota do przyjaciół przywiodły go do Bree z dalekiego Thorin Hall.
- Witaj przyjacielu – ze śmiechem krzyknął mężczyzna – Złaź kuca. Oszczędź mu cierpienia.
Potężny krasnolud zwinnie zeskoczył z wierzchowca.
- Hail Zamirze! Rad cię widzę – krasnolud grzmiącym głosem oznajmił radość.
Przyjaciele padli sobie w ramiona. Po długich uściskach i wymianie wiadomości ruszyli w głąb miasta.
- Jak tam nasi podopieczni – z niepokojem zapytał krasnolud – Czy już sprawa wyjaśniona?
- Wyjaśniona. Wczoraj odbyłem długą rozmowę Artamirem. Wyjaśniłem temu bałwanowi co i jak. Chyba zrozumiał – Zamir mówił masują prawą pieść - Dzisiaj rano wyruszyli po Samborga.
- Dobrze. Idziemy na kufelek zimnego piwa. Pogadamy w spokoju. Dawno już nie byłem Pod Rozbrykanym Kucykiem.
- Piwo jest tam jeszcze lepsze niż kiedyś. Barliman ucieszy się na twój widok.
W doskonałej komitywie, rozmawiając i żartując ruszyli do gospody. Droga nie była daleka. Duży zadbany budynek widoczny był już z oddali. Czym byli bliżej gospody tym bardziej zmysły i doświadczenie mówiły im, że coś wisi w powietrzu. Grupka stałych bywalców gospody stała przed wejściem. Żywo dyskutowali. Niektórzy co bardziej gorączkowi próbowali siła otworzyć drzwi gospody. Na widok championów tłum umilkł.
- Nie podoba mi się to –Zamir wskazał na zamknięte drzwi gospody.
- Tak – rozglądał się Quinthorin – Może Barliman zaniemógł czy co?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Wchodzimy.
Ludzie rozchodzili się robiąc miejsce dla championów. Zamir silnie pociągnął drzwi. Były zamknięte. Spojrzał na Quinthorina i rzekł:
- Od tyłu.

Tylne wejście było szeroko otwarte. Milczący przyjaciele przekroczyli drzwi gospody. Po chwili gdy oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku ujrzeli widok, który na długo zapadł w ich pamięci. Przez całe życie odwiedzał ich w najgorszych koszmarach. Poprzewracane stoły, walające się wszędzie resztki potraw. Puste beczki po piwie. Powbijane w ścianę topory, strzały i miecze. Pozrywane ozdoby ścienne. Rozpalone na środku sali z resztek mebli dogasające ognisko. W środku tego pobojowiska leżały cztery ciała. Strażnicy spali spokojnym i błogim snem.
- Kur… mać – jęknął krasnolud - Na brody mych przodków…
Zamir, pierwszy otrząsnął się z szoku, ruszył tanecznym krokiem do najbliżej leżącej postaci. Potężny kop podrzucił Quinta, obejmującego swoją potężną halabardę do góry. Szybkim jak błyskawica skokiem champion dopadł następnego męża. Kopniak trafił olbrzyma spoczywającego na pustej beczułce. Ten stoczył się z niej nawet nie otwierając oczu. Błogo spał dalej mlaskając i co jakiś czas oblizując wargi. Eyck (bo był to on we własnej osobie) sen miał twardy i żadne drobnostki wybić go z niego nie mogły. Ból w nodze spowodowany spotkaniem z potężnym guardianem lekko spowolnił Zamira. Wykorzystał to, budzący się Artamir próbując wpełznąć pod stojący na trzech nogach stół. Nie zdążył. Zamir wykonując piruet :) dopadł go i grzmotnął pięścią między oczy. Ostatni z leżących, całkiem już obudzony, Ingolas zerwał się na nogi i z iście elfią gracją wyrżnął łbem w kamienny kominek, ślizgając się na porozrzucanym jedzeniu.
- W rzyć chędożone bezmózgie jełopy!!! – ryknął Zamir, kopiąc na przemian leżących Strażników – Wstawać! Łby wam pourywam! Kulasy połamię! Z jaj wydmuszki zrobię! Wy zasrane, orkowe ścierwa! Wy…
Straciwszy dech champion ucichł. Quinthorin klęczał wyrywając sobie brodę i szeptał:
- Tatko mówił, dziadek mówił, ba nawet wuj mówił, żeby tego pokurcza w stawie utopić… a ja nie słuchał…

Dwaj championi byli doświadczonymi wojami, w nie jednej bitwie brali udział. Bywali zatem w gorszych opałach. Szybko zapanowali na paniką. Strażnicy zrzędząc i stękając dochodzili do siebie.
- Quinthorinie, wstawaj, trzeba będzie szybko działać. I cicho. Rada nie może się o niczym dowiedzieć… – Zamir rozglądał się po sali - Gdzie Barliman?
- Ech... – krasnolud wstał z kolan, już trzeźwym wzrokiem oceniając sytuację - Gdzie Butterbur!?.. A z tobą syneczku jeszcze pogadam, oj pogadam…- zwrócił się do Quinta delikatnie głaskając gruby okuty pas.

Strażnicy masując obolałe ciała rozglądali się po sali.
- A fdzie Fallanfis? – wydukał Artamir, trzymając się za spuchnięty nochal. Nigdzie nie było piątego strażnika.
- Szukajcie, Butterbura i tego Fallanfisa – Quinthorin skinął ręką poganiając towarzystwo – A my Zamirze musimy się naradzić…
- Callantrisa – poprawił cichutko Ingolas.
Strażnicy jęcząc i kulejąc rozeszli się po sali szukając gospodarza i niziołka. Quintu, obchodząc szerokim łukiem ojczulka ruszył w kierunku kuchni. Ingolas trzymając się za rozbity łeb pomaszerował za nim. Eyck z Atramirem pokuśtykali przeszukując pokoje na parterze.

Butterbura Strażnicy znaleźli zamkniętego w spiżarni (pustej). Siłą wyciągnęli go na zewnątrz. Szarpiąc i popychając przyprowadzili do sali. Eyck potężnym pchnięciem posłał Barlimana wprost pod nogi mentorów.
- Oto i zguba – Quintu z dumą wskazał na wystraszonego i wymęczonego gospodarza.
Championowie patrzyli na to z otwartymi ze zdumienia gębami. Quinthorin złapał za wetknięty za pasem topór.
- Stój! – Zamir powstrzymał przyjaciela – później. Barlimnie wstań.
Na te słowa, Barliman zerwał się na nogi i chowając się za swoich wybawców krzyczał:
- Zamir! Quinthorin! Ratujcie! Błagam ratujcie!
- Uspokój się Butterze. Uspokój – Quinthorin uspokajająco klepał karczmarza po ramieniu – To te psiajuchy w komórce cię zamknęli?
Groźne spojrzenie krasnoluda zamroziło strażników.
- Tak! Nie! Tak! To ten niziołek! Jak się obudził piwa zażądał, a jak mu rzekłem, że wszystko wypili i nic nie mam, sztylecikiem mnie w zadek kolnął, kopa dał i do spiżarni wsadził. Później jeno słyszał jak Boba i Noba goni. I pewnikiem ich złapał. Bo krzyki i piski straszne słyszałem. Ale co dalej nie wiem…
Quinthorin spojrzał na Zamira i rzekł:
- Ja zostaję z Barlimanem. Ty idź i szukaj niziołka. A wy czekajcie. Bez ruchu – zwrócił się do nic nie rozumiejących Strażników.

Zamir skinął głową. Bez zbędnych słów ruszył na piętro. W połowie schodów usłyszał niepokojące dźwięki. Dochodziły z największej i najbardziej strojnej komnaty Barlimana. Stanął pod drzwiami nasłuchując. Krzyki, jęki i rytmiczne uderzenia budziły dziwne skojarzenia. Ostrożnie otworzył drzwi do komnaty. Stanął jak wryty. Szukał jednego hobbita a z znalazł trzech. Champion widywał hobbitów w różnych sytuacjach ale w to co zobaczył w żaden sposób uwierzyć nie mógł. Naga hobbitka, ubrana jedynie w ciężkie buciska lała pasem owłosiony tyłek Boba. Drugi hobbit, Nob półwisiał, półstał przywiązany za ręce do belki podtrzymującej strop. Był całkiem nagi… Towarzystwo nie zauważyło wejścia Zamira. Pas spadał rytmicznie na goły tyłek. Zacięta mina hobbitki i precyzja ruchów mówiły o dużym doświadczeniu w tego typu zabawie. Pracowała z widoczną przyjemnością i zaangażowaniem. Nob przyglądał się temu z mieszaniną strachu i zachwytu.
- Khymm – chrząknął champion - ty jesteś Callantris?..
Ręka Callantris zatrzymała się w połowie uderzenia. Hobbitka powolutku odwróciła się do tyłu. Zamir z uwagą kontemplował widok. Płonące duże oczy, rumieńce na ślicznej twarzy, obfity biuścik i kształtny tyłeczek prezentowały się nader interesująco.
Zapanowała cisza. Na krótko. Bob próbując w pośpiechu podciągnąć gacie wyrżnął na podłogę przewracając z hukiem komodę. Wiszący Nob wykonywał iście akrobatyczne wygibasy próbując ukryć swoje klejnoty. Callantris, chcą zniknąć przed wzrokiem Zamira, dała nura na skotłowane łoże, plącząc się w pościeli i wystawiając swój atrakcyjny tył wprost na widok championowi.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Obowiązki wzywają. Za pięć minut macie się stawić na dole... – Zamir wybuchnął śmiechem i zamknął za sobą drzwi.

W głównej sali Strażnicy przerwali nieudolne sprzątanie bałaganu. Spoglądali z ciekawością na schody. Pojawił się na nich Zamir. Sam. Na jego twarzy gościł wesoły uśmiech.
- Co tam tak walnęło? Gdzie ten Callantris? – zapytał Quinthorin widząc nadchodzącego towarzysza.
- To spadła naga hobbicka duma. Callantris bawi na górze i niebawem do nas dołączy.
- Stało się coś? – czujne ucho Artamira wyłowiło subtelną nutkę w głosie brata.
- Nic, z czym bym sobie poradzić nie mógł… – mruknął z uśmiechem Zamir.
- Nie będzie Ci do śmiechu jak usłyszysz rachunek… – zdziwiony Quinthorin spojrzał na Zamira. Widać doszedł już do porozumienia z Barlimanem, bo ten patrzył spokojnie acz bez większej nadziei na działania kompani.

Dokładnie po pięciu minutach z góry zeszła Callantris. Czerwona na policzkach, unikając wzroku Zamira stanęła między strażnikami. Za nią maszerowali ze spuszczonymi głowami Nob i Bob. Hobbitka, ubrana w skórzaną zbroję i hełm nie prezentowała sobą już tak apetycznego zjawiska jakim była na górze. Trudno było nawet odgadnąć, że jest kobietą.
- Gdzieś ty polazł? Co tam się działo? – Quintu zwrócił się do hobbitki.
- Nic ci do tego -  prychnęła Callantris, z wdzięcznością spoglądając na Zamira.
Quinthorin przypatrywał się z zainteresowaniem hobbitce. Mruknął coś pod nosem. Spojrzał jeszcze raz na Zamira i rzekł do milczących strażników:
- Narozrabialiście nie mało – mówił, głaskając brodę – Rozliczycie się z tego później. Na razie niechaj starczy wam, że zacny Barliman, daruje wam poczynione szkody i żadnej skargi nie wniesie.
Strażnicy odetchnęli z ulgą – znowu się im upiekło. Zamir kontynuował, przemowę przyjaciela.
- Macie szczęście. Teraz zbierzcie sprzęt. Zaraz wyruszycie. W chacie Toma czeka na Was Emssik. Nowy to Twierdzy nabytek, acz mądra głowa i mieczam pracować umie. Wspomoże was w walce z Samborgiem.
- Do bramy ich odprowadź – Quinthorin widać nie lubił niczego pozostawić przypadkowi – bo jeszcze nowe szkody uczynią…

W ciągu kilku chwil drużyna była gotowa do drogi. Zamir prowadził ich przed sobą aż do bramy.
- Słuchajcie teraz, bałwany. Kurhany są niebezpieczne. A Great Barrows szczególnie. Idźcie prosto do Toma Bombadila. Zrozumiano? Nie spieprzcie. I uważajcie. Powodzenia!
Strażnicy popatrzyli na Zamira i skinąwszy głowami wyruszyli wykonać zadanie. Słońce mocno grzało. Kompania maszerowała powoli i w milczeniu. Zatrzymali się dopiero wtedy, gdy Zamir i wschodnia brama zniknęli im z oczu.
- To co? Mamy jakiś plan? – Quintu zatrzymał się i spojrzał na towarzysz.
- A co? Przecie idziemy do Toma – mruknął Eyck – Tam przewodnika spotkamy i co dalej ustalimy…
- Droga prosta przecie – Artamir z niepokojem, spoglądał na błyszczące w oddali skały Barrow – downs.
- Zapasów nie mamy – powiedziała Callantris, były to jej pierwsze słowa od momentu opuszczenia Bree – Trzeba by iść do obozowiska Adso najpierw…
- To idziemy. A później na skróty przez Stary Las do Toma – zdecydował kapitan Quintu, któremu myśl o uzupełnieniu zapasów przywróciła dobry humor.
Nie było sprzeciwu. Strażnicy zmienili kierunek marszu, wracając na gościniec. Szli teraz szybciej, tak jakby decyzja, którą podjęli zrzuciła z ich barków ciężar wieczornej narady.

Tak, rozpoczęła się wyprawa, o której głośno było w Bree i okolicach przez długie lata.

Cdn…
Pages: 1 ... 4 5 [6] 7 8 ... 13
  Print