Wyprawa. Cz. 2
Bree budziło się ze snu. Położone nisko słońce świeciło jasno rozpraszając resztki nocnego chłodu. W cieniu wschodniej bramy stał mężczyzna. Był wysoki, o ciemnej karnacji, z którą kontrastowały jasne szare oczy. Przystojną twarz szpeciła blizna przecinająca na ukos czoło, nos, usta i prawy policzek. Odziany był w czarną, noszącą ślady częstego używania zbroję. Dwa długie miecze wiszące u pasa odbijały światło wschodzącego słońca. Przez bramę wjechał podróżny. Twarz mężczyzny rozjaśnił szeroki uśmiech. Przybysz był krasnoludem. Ciężka zbroja i dwa topory przy pasie zdradzały, na pierwszy rzut oka, jego profesję. Obcy championem, sławnym Quinthorinem chwałą i założycielem rodu Quintów. Ważne sprawy i tęsknota do przyjaciół przywiodły go do Bree z dalekiego Thorin Hall.
- Witaj przyjacielu – ze śmiechem krzyknął mężczyzna – Złaź kuca. Oszczędź mu cierpienia.
Potężny krasnolud zwinnie zeskoczył z wierzchowca.
- Hail Zamirze! Rad cię widzę – krasnolud grzmiącym głosem oznajmił radość.
Przyjaciele padli sobie w ramiona. Po długich uściskach i wymianie wiadomości ruszyli w głąb miasta.
- Jak tam nasi podopieczni – z niepokojem zapytał krasnolud – Czy już sprawa wyjaśniona?
- Wyjaśniona. Wczoraj odbyłem długą rozmowę Artamirem. Wyjaśniłem temu bałwanowi co i jak. Chyba zrozumiał – Zamir mówił masują prawą pieść - Dzisiaj rano wyruszyli po Samborga.
- Dobrze. Idziemy na kufelek zimnego piwa. Pogadamy w spokoju. Dawno już nie byłem Pod Rozbrykanym Kucykiem.
- Piwo jest tam jeszcze lepsze niż kiedyś. Barliman ucieszy się na twój widok.
W doskonałej komitywie, rozmawiając i żartując ruszyli do gospody. Droga nie była daleka. Duży zadbany budynek widoczny był już z oddali. Czym byli bliżej gospody tym bardziej zmysły i doświadczenie mówiły im, że coś wisi w powietrzu. Grupka stałych bywalców gospody stała przed wejściem. Żywo dyskutowali. Niektórzy co bardziej gorączkowi próbowali siła otworzyć drzwi gospody. Na widok championów tłum umilkł.
- Nie podoba mi się to –Zamir wskazał na zamknięte drzwi gospody.
- Tak – rozglądał się Quinthorin – Może Barliman zaniemógł czy co?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Wchodzimy.
Ludzie rozchodzili się robiąc miejsce dla championów. Zamir silnie pociągnął drzwi. Były zamknięte. Spojrzał na Quinthorina i rzekł:
- Od tyłu.
Tylne wejście było szeroko otwarte. Milczący przyjaciele przekroczyli drzwi gospody. Po chwili gdy oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku ujrzeli widok, który na długo zapadł w ich pamięci. Przez całe życie odwiedzał ich w najgorszych koszmarach. Poprzewracane stoły, walające się wszędzie resztki potraw. Puste beczki po piwie. Powbijane w ścianę topory, strzały i miecze. Pozrywane ozdoby ścienne. Rozpalone na środku sali z resztek mebli dogasające ognisko. W środku tego pobojowiska leżały cztery ciała. Strażnicy spali spokojnym i błogim snem.
- Kur… mać – jęknął krasnolud - Na brody mych przodków…
Zamir, pierwszy otrząsnął się z szoku, ruszył tanecznym krokiem do najbliżej leżącej postaci. Potężny kop podrzucił Quinta, obejmującego swoją potężną halabardę do góry. Szybkim jak błyskawica skokiem champion dopadł następnego męża. Kopniak trafił olbrzyma spoczywającego na pustej beczułce. Ten stoczył się z niej nawet nie otwierając oczu. Błogo spał dalej mlaskając i co jakiś czas oblizując wargi. Eyck (bo był to on we własnej osobie) sen miał twardy i żadne drobnostki wybić go z niego nie mogły. Ból w nodze spowodowany spotkaniem z potężnym guardianem lekko spowolnił Zamira. Wykorzystał to, budzący się Artamir próbując wpełznąć pod stojący na trzech nogach stół. Nie zdążył. Zamir wykonując piruet

dopadł go i grzmotnął pięścią między oczy. Ostatni z leżących, całkiem już obudzony, Ingolas zerwał się na nogi i z iście elfią gracją wyrżnął łbem w kamienny kominek, ślizgając się na porozrzucanym jedzeniu.
- W rzyć chędożone bezmózgie jełopy!!! – ryknął Zamir, kopiąc na przemian leżących Strażników – Wstawać! Łby wam pourywam! Kulasy połamię! Z jaj wydmuszki zrobię! Wy zasrane, orkowe ścierwa! Wy…
Straciwszy dech champion ucichł. Quinthorin klęczał wyrywając sobie brodę i szeptał:
- Tatko mówił, dziadek mówił, ba nawet wuj mówił, żeby tego pokurcza w stawie utopić… a ja nie słuchał…
Dwaj championi byli doświadczonymi wojami, w nie jednej bitwie brali udział. Bywali zatem w gorszych opałach. Szybko zapanowali na paniką. Strażnicy zrzędząc i stękając dochodzili do siebie.
- Quinthorinie, wstawaj, trzeba będzie szybko działać. I cicho. Rada nie może się o niczym dowiedzieć… – Zamir rozglądał się po sali - Gdzie Barliman?
- Ech... – krasnolud wstał z kolan, już trzeźwym wzrokiem oceniając sytuację - Gdzie Butterbur!?.. A z tobą syneczku jeszcze pogadam, oj pogadam…- zwrócił się do Quinta delikatnie głaskając gruby okuty pas.
Strażnicy masując obolałe ciała rozglądali się po sali.
- A fdzie Fallanfis? – wydukał Artamir, trzymając się za spuchnięty nochal. Nigdzie nie było piątego strażnika.
- Szukajcie, Butterbura i tego Fallanfisa – Quinthorin skinął ręką poganiając towarzystwo – A my Zamirze musimy się naradzić…
- Callantrisa – poprawił cichutko Ingolas.
Strażnicy jęcząc i kulejąc rozeszli się po sali szukając gospodarza i niziołka. Quintu, obchodząc szerokim łukiem ojczulka ruszył w kierunku kuchni. Ingolas trzymając się za rozbity łeb pomaszerował za nim. Eyck z Atramirem pokuśtykali przeszukując pokoje na parterze.
Butterbura Strażnicy znaleźli zamkniętego w spiżarni (pustej). Siłą wyciągnęli go na zewnątrz. Szarpiąc i popychając przyprowadzili do sali. Eyck potężnym pchnięciem posłał Barlimana wprost pod nogi mentorów.
- Oto i zguba – Quintu z dumą wskazał na wystraszonego i wymęczonego gospodarza.
Championowie patrzyli na to z otwartymi ze zdumienia gębami. Quinthorin złapał za wetknięty za pasem topór.
- Stój! – Zamir powstrzymał przyjaciela – później. Barlimnie wstań.
Na te słowa, Barliman zerwał się na nogi i chowając się za swoich wybawców krzyczał:
- Zamir! Quinthorin! Ratujcie! Błagam ratujcie!
- Uspokój się Butterze. Uspokój – Quinthorin uspokajająco klepał karczmarza po ramieniu – To te psiajuchy w komórce cię zamknęli?
Groźne spojrzenie krasnoluda zamroziło strażników.
- Tak! Nie! Tak! To ten niziołek! Jak się obudził piwa zażądał, a jak mu rzekłem, że wszystko wypili i nic nie mam, sztylecikiem mnie w zadek kolnął, kopa dał i do spiżarni wsadził. Później jeno słyszał jak Boba i Noba goni. I pewnikiem ich złapał. Bo krzyki i piski straszne słyszałem. Ale co dalej nie wiem…
Quinthorin spojrzał na Zamira i rzekł:
- Ja zostaję z Barlimanem. Ty idź i szukaj niziołka. A wy czekajcie. Bez ruchu – zwrócił się do nic nie rozumiejących Strażników.
Zamir skinął głową. Bez zbędnych słów ruszył na piętro. W połowie schodów usłyszał niepokojące dźwięki. Dochodziły z największej i najbardziej strojnej komnaty Barlimana. Stanął pod drzwiami nasłuchując. Krzyki, jęki i rytmiczne uderzenia budziły dziwne skojarzenia. Ostrożnie otworzył drzwi do komnaty. Stanął jak wryty. Szukał jednego hobbita a z znalazł trzech. Champion widywał hobbitów w różnych sytuacjach ale w to co zobaczył w żaden sposób uwierzyć nie mógł. Naga hobbitka, ubrana jedynie w ciężkie buciska lała pasem owłosiony tyłek Boba. Drugi hobbit, Nob półwisiał, półstał przywiązany za ręce do belki podtrzymującej strop. Był całkiem nagi… Towarzystwo nie zauważyło wejścia Zamira. Pas spadał rytmicznie na goły tyłek. Zacięta mina hobbitki i precyzja ruchów mówiły o dużym doświadczeniu w tego typu zabawie. Pracowała z widoczną przyjemnością i zaangażowaniem. Nob przyglądał się temu z mieszaniną strachu i zachwytu.
- Khymm – chrząknął champion - ty jesteś Callantris?..
Ręka Callantris zatrzymała się w połowie uderzenia. Hobbitka powolutku odwróciła się do tyłu. Zamir z uwagą kontemplował widok. Płonące duże oczy, rumieńce na ślicznej twarzy, obfity biuścik i kształtny tyłeczek prezentowały się nader interesująco.
Zapanowała cisza. Na krótko. Bob próbując w pośpiechu podciągnąć gacie wyrżnął na podłogę przewracając z hukiem komodę. Wiszący Nob wykonywał iście akrobatyczne wygibasy próbując ukryć swoje klejnoty. Callantris, chcą zniknąć przed wzrokiem Zamira, dała nura na skotłowane łoże, plącząc się w pościeli i wystawiając swój atrakcyjny tył wprost na widok championowi.
- Przepraszam, że przeszkadzam. Obowiązki wzywają. Za pięć minut macie się stawić na dole... – Zamir wybuchnął śmiechem i zamknął za sobą drzwi.
W głównej sali Strażnicy przerwali nieudolne sprzątanie bałaganu. Spoglądali z ciekawością na schody. Pojawił się na nich Zamir. Sam. Na jego twarzy gościł wesoły uśmiech.
- Co tam tak walnęło? Gdzie ten Callantris? – zapytał Quinthorin widząc nadchodzącego towarzysza.
- To spadła naga hobbicka duma. Callantris bawi na górze i niebawem do nas dołączy.
- Stało się coś? – czujne ucho Artamira wyłowiło subtelną nutkę w głosie brata.
- Nic, z czym bym sobie poradzić nie mógł… – mruknął z uśmiechem Zamir.
- Nie będzie Ci do śmiechu jak usłyszysz rachunek… – zdziwiony Quinthorin spojrzał na Zamira. Widać doszedł już do porozumienia z Barlimanem, bo ten patrzył spokojnie acz bez większej nadziei na działania kompani.
Dokładnie po pięciu minutach z góry zeszła Callantris. Czerwona na policzkach, unikając wzroku Zamira stanęła między strażnikami. Za nią maszerowali ze spuszczonymi głowami Nob i Bob. Hobbitka, ubrana w skórzaną zbroję i hełm nie prezentowała sobą już tak apetycznego zjawiska jakim była na górze. Trudno było nawet odgadnąć, że jest kobietą.
- Gdzieś ty polazł? Co tam się działo? – Quintu zwrócił się do hobbitki.
- Nic ci do tego - prychnęła Callantris, z wdzięcznością spoglądając na Zamira.
Quinthorin przypatrywał się z zainteresowaniem hobbitce. Mruknął coś pod nosem. Spojrzał jeszcze raz na Zamira i rzekł do milczących strażników:
- Narozrabialiście nie mało – mówił, głaskając brodę – Rozliczycie się z tego później. Na razie niechaj starczy wam, że zacny Barliman, daruje wam poczynione szkody i żadnej skargi nie wniesie.
Strażnicy odetchnęli z ulgą – znowu się im upiekło. Zamir kontynuował, przemowę przyjaciela.
- Macie szczęście. Teraz zbierzcie sprzęt. Zaraz wyruszycie. W chacie Toma czeka na Was Emssik. Nowy to Twierdzy nabytek, acz mądra głowa i mieczam pracować umie. Wspomoże was w walce z Samborgiem.
- Do bramy ich odprowadź – Quinthorin widać nie lubił niczego pozostawić przypadkowi – bo jeszcze nowe szkody uczynią…
W ciągu kilku chwil drużyna była gotowa do drogi. Zamir prowadził ich przed sobą aż do bramy.
- Słuchajcie teraz, bałwany. Kurhany są niebezpieczne. A Great Barrows szczególnie. Idźcie prosto do Toma Bombadila. Zrozumiano? Nie spieprzcie. I uważajcie. Powodzenia!
Strażnicy popatrzyli na Zamira i skinąwszy głowami wyruszyli wykonać zadanie. Słońce mocno grzało. Kompania maszerowała powoli i w milczeniu. Zatrzymali się dopiero wtedy, gdy Zamir i wschodnia brama zniknęli im z oczu.
- To co? Mamy jakiś plan? – Quintu zatrzymał się i spojrzał na towarzysz.
- A co? Przecie idziemy do Toma – mruknął Eyck – Tam przewodnika spotkamy i co dalej ustalimy…
- Droga prosta przecie – Artamir z niepokojem, spoglądał na błyszczące w oddali skały Barrow – downs.
- Zapasów nie mamy – powiedziała Callantris, były to jej pierwsze słowa od momentu opuszczenia Bree – Trzeba by iść do obozowiska Adso najpierw…
- To idziemy. A później na skróty przez Stary Las do Toma – zdecydował kapitan Quintu, któremu myśl o uzupełnieniu zapasów przywróciła dobry humor.
Nie było sprzeciwu. Strażnicy zmienili kierunek marszu, wracając na gościniec. Szli teraz szybciej, tak jakby decyzja, którą podjęli zrzuciła z ich barków ciężar wieczornej narady.
Tak, rozpoczęła się wyprawa, o której głośno było w Bree i okolicach przez długie lata.
Cdn…